Przyjaciele Boga > Wielkość życia codziennego > Rozdz. 1
1

4 lutego 1943 roku założył Stowarzyszenie Kapłańskie Świętego Krzyża, nierozerwalnie związane z Opus Dei, które prócz wyświęcania na ksieży świeckich członków Opus Dei umożliwi w przyszłości kapłanom diecezjalnym uczestnictwo w duchowości i ascezie Opus Dei, w dążeniu do świętości poprzez spełnianie obowiązków kapłańskich przy ich wyłącznej podległości własnemu ordynariuszowi.

W 1946 roku osiadł w Rzymie, gdzie pozostał aż do końca swego życia. Stamtąd kierował i wpływał na rozprzestrzenianie się Opus Dei na całym świecie, poświęcając wszystkie swe siły zapewnieniu mężczyznom i kobietom Opus Dei solidnej formacji doktrynalnej, ascetycznej i apostolskiej. W chwili śmierci Założyciela Opus Dei liczyło ponad 60 tysięcy członków z ponad 80 narodowości.

Prałat Escrivá de Balaguer był konsultorem Papieskiej Komisji do Spraw Autentycznej Interpretacji Kodeksu Prawa Kanonicznego i Świętej Kongregacji Seminariów i Uniwersytetów, Prałatem Honorowym Jego Świątobliwości i członkiem ad honorem Papieskiej Teologicznej Akademii Rzymskiej. Był także Wielkim Kanclerzem Uniwersytetów w Navarra (Hiszpania) i w Piura (Peru).

Błogosławiony Josemaría zmarł 26 czerwca 1975 roku. Już przed wieloma laty ofiarował swe życie Bogu za Kościół i za Papieża. Jego ciało zostało złożone w krypcie kościoła Matki Bożej Pokoju w Rzymie. 15 września 1975 roku następcą założyciela w kierowaniu Opus Dei został jednomyślnie wybrany bp Alvaro del Portillo (1914-1994), który przez długie lata był najbliższym współpracownikiem Błogosławionego. Obecnym Prałatem Opus Dei jest bp Javier Echevarría, który pracował przez kidziesiąt lat u boku boku bł. Josemaríi Escrivá i jego pierwszym następcą bp del Portillo. Od samego początku swego istnienia, Opus Dei posiadało zawsze aprobatę władzy diecezjalnej, a od 1943 roku także appositio manuum i aprobatę Stolicy Świętej. 28 listopada 1982 roku Ojciec święty Jan Paweł II erygował Opus Dei jako prałaturę personalną. Jest to formuła prawna, której przewidział dla Opus Dei błogosławiony Escrivá.

Opinia świętości, którą Założyciel Opus Dei cieszył się za życia, rozpowszechniła się po jego śmierci we wszystkich zakątkach ziemi, co wyrażają wielorakie świadectwa o łaskach duchowych i materialnych przypisywanych jego wstawiennictwu; między innymi niektóre uzdrowienia niewytłumaczalane dla medycyny. Napłynęło bardzo wiele listów z pięciu kontynentów, między innymi od 69 kardynałów i prawie 1300 biskupów - ponad jednej trzeciej światowego episkopatu - z prośbą do Ojca Świętego o otworzenie procesu beaatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Prałata Escrivá de Balaguer.

Kongregacja do Spraw Świętych 30 stycznia 1981 roku wydała nihil obstat dla rozpoczęcia procesu, natomiast 5 lutego 1981 roku zatwierdził je Jan Paweł II.

W latach 1981-1986 w Rzymie i w Madrycie toczyły się procesy rozpoznawcze dotyczące życia i cnót Prałata Escrivá. Wobec wyników obu procesów i po przyjęciu korzystnych opinii Kongresu Teologów i Komisji Kardynałów i Biskupów-członków Kongregacji do Spraw Świętych 9 kwietnia 1990 roku Ojciec święty ogłosił heroiczność cnót Prałata Escrivá, który w ten sposob uzyskał tytuł Czcigodnego. 6 lipca 1991 roku Papież zarządził promulgację Dekretu, który uznaje cudowny charakter uzdrowienia zawdzięczanego wstawiennictwu Czcigodnego Josemaría Escrivá, co stanowiło akt kończący procedury prawne przed beatyfikacją Założyciela Opus Dei, która odbyła się 17 maja 1992 roku podczas uroczystej ceremonii pod przewodnictwem Ojca Świętego Jana Pawła II na Placu Świętego Piotra w Rzymie. Od 21 maja 1992 roku ciało Błogosławionego spoczywa w ołtarzu kościoła prałackiego Matki Bożej Pokoju, w centralnej siedzibie Prałatury Opus Dei i towarzyszy mu ustawiczna modlitwa i wdzięczność licznych osób z całego świata, które zbliżyły się do Boga porwane przykładem i nauczaniem Założyciela Opus Dei, oraz nabożeństwo tych, którzy uciekają się do jego wstawiennictwa.

Wśród opublikowanych pism Prałata Escrivá poza studiami historycznymi, teologicznymi i prawniczymi, jak np. "La Abadesa de las Huelgas” (Przeorysza z Huelgas), są książki o duchowości, które zostały przetłumaczone na wiele jezyków: "Camino” (Droga), "Santo Rosario” (Różaniec Święty), "Es Cristo que pasa” (To Chrystus przechodzi), "Amigos de Dios” (Przyjaciele Boga), "Vía Crucis”(Droga Krzyżowa), "Amar a la Iglesia” (Kochać Kościół), "Surco” (Bruzda) i "Forja” (Kuźnia). Pięć ostatnich pozycji zostało opublikowanych pośmiertnie. Po zebraniu niektórych z wywiadów, które udzielił prasie Założyciel Opus Dei, została opublikowana książka "Conversaciones con Mons. Escrivá de Balaguer” (Rozmowy z Prałatem Escrivá).

Przedmowa

Bóg wie najlepiej. My ludzie tak mało rozumiemy z Jego łagodnej ojcowskiej drogi, którą prowadzi nas ku Sobie. Pisząc w roku 1973 przedmowę do książki To Chrystus przechodzi, nie mogłem przewidzieć, że w tak krótkim czasie odejdzie do domu niebieskiego ów święty kapłan, do którego tysiące mężczyzn i kobiet z całego świata — dzieci jego modlitwy, jego ofiary i jego wielkodusznego oddania się Woli Bożej — mogą odnieść z niezmierną wdzięcznością te same wzruszające słowa pochwały, które święty Augustyn wyśpiewał o naszym Ojcu i Panu, świętym Józefie: lepiej spełnił ojcostwo serca aniżeli ktokolwiek inny spełnił ojcostwo według ciała. Odszedł z tego świata w czwartek 26 czerwca 1975 roku, w południe, w tymże Rzymie, który tak bardzo kochał, ponieważ jest stolicą Piotra, centrum chrześcijaństwa, i głową wszechogarniającej miłości Kościoła świętego. Kiedy jeszcze dzwony na Anioł Pański rozlegały się w naszych uszach, Założyciel Opus Dei usłyszał — w pełnym i wiecznym znaczeniu — te słowa: amice, ascende superius, przyjacielu, wejdź do radości Nieba.

Opuścił ten świat w powszednim dniu swej kapłańskiej pracy, w pełni pogrążony w rozmowę z Nim, który jest Życiem i dlatego Założyciel Opus Dei sam też nie umarł: jest u Jego boku. Pośród swych duszpasterskich zajęć doznał owego słodkiego zachwytu — tak wyraża to w homilii Ku świętości — spotkania się twarzą w twarz z Chrystusem. Było mu nareszcie dane oglądać piękne Oblicze, za którym tak bardzo tęsknił: Vultum tuum, Domine, requiram!.

Od pierwszej chwili po jego narodzinach dla niebieskiej ojczyzny zaczęły do mnie docierać świadectwa niezliczonej rzeszy osób, które znały jego święte życie. Wyrażały one, i nadal wyrażają, uczucia, które można już wyrażać głośno. Przedtem milczano z szacunku dla pokory człowieka uważającego siebie za grzesznika, który szalenie kocha Jezusa Chrystusa. Przeżyłem radość usłyszenia wprost z ust samego Ojca Świętego jednej z jego wielu płomiennych pochwał dla Założyciela Opus Dei. W czasopismach i gazetach na całym świecie można przeczytać niezliczone artykuły pełne uznania ze strony ludu chrześcijańskiego i osób, które jeszcze nie wyznają Chrystusa, ale które zaczęły Go poznawać poprzez słowa i czyny prałata Escrivá de Balaguer.

"Ale dopóki żyję, nie przestanę głosić, że absolutną koniecznością jest to abyśmy byli ludźmi modlitwy. Stale trzeba się modlić! W każdej sytuacji, w najróżniejszych okolicznościach, ponieważ Bóg nigdy nas nie opuszcza”. To było jego jedyne zajęcie: modlitwa i zachęta do modlitwy. Dlatego rozbudził pośród świata cudowną mobilizację osób — jak lubił mówić — gotowych do poważnego potraktowania życia chrześcijańskiego, poprzez synowski stosunek do Pana. Wielu z nas nauczyło się od tego stuprocentowego kapłana, "wielkiej tajemnicy Bożego miłosierdzia: tego, że jesteśmy dziećmi Bożymi”.

W drugim tomie homilii zamieszczamy niektóre teksty opublikowane jeszcze wtedy, kiedy prałat Escrivá de Balaguer przebywał razem z nami, tu, na ziemi i inne spośród wielu, które pozostawił do późniejszej publikacji, ponieważ pracował bez pośpiechu i do samego końca. Pomimo tego, że zalicza się go do mistrzów duchowości chrześcijańskiej, nigdy nie pretendował do tego, by być autorem. Jego nauczanie, tak atrakcyjne i sugestywne, ma znaleźć zastosowanie w pracy, w domu rodzinnym, w stosunkach międzyludzkich — wszędzie. Posiadał dar, również naturalny, dawania słuchaczowi lub czytelnikowi o wiele więcej niż ten ostatni początkowo spodziewał się. Bardzo dobrze się go czyta! Precyzyjne sformułowania i żywe obrazy docierają do wszystkich niezależnie od mentalności i kultury. Nauczył się tego w szkole Ewangelii: stąd pochodzi jego jasność, jego dogłębne przenikanie duszy, umiejętność nieprzemijania wraz z modą, ponieważ nigdy nie starał się być modny.

Tych osiemnaście homilii przedstawia panoramę podstawowych cnót ludzkich i chrześcijańskich dla człowieka, który chce podążać śladami Nauczyciela, nie odstępując Go ani na krok. Nie stanowią one teoretycznego traktatu, ani też kompendium rad służących do nabycia ogłady duchowej. Zawierają żywą doktrynę, gdzie głębia teologii zespolona jest z ewangeliczną przejrzystością dobrego duszpasterza. U prałata Escrivá de Balaguer słowo staje się rozmową z Bogiem — modlitwą — nie przestając być wzruszającą rozmową z tymi, którzy go słuchają, gdyż odpowiada ich niepokojom i nadziejom. Homilie te stanowią katechezę doktryny i życia chrześcijańskiego, gdzie zarówno mówi się o Bogu, jak i rozmawia się z Bogiem: Może w tym, że zawsze podkreślał on miłość do Boga jako "zwracanie spojrzenia ku Niemu nieustannie i niestrudzenie” , tkwi sekret jego ogromnych zdolności komunikacyjnych.

Już w pierwszej homilii ukazuje się jeden ze stałych tematów nauczania prałata Escrivá de Balaguera, przypominając, że Bóg wzywa wszystkich ludzi do świętości. Podejmuje słowa Apostoła — wolą Bożą jest wasze uświęcenie — i zwraca uwagę: "Mamy być święci — jak to się mówi — od stóp do głów: być prawdziwymi, autentycznymi chrześcijanami, godnymi kanonizacji; w przeciwnym razie okaże się, że zawiedliśmy jako uczniowie jedynego Nauczyciela”. A dalej uściśla: "gdyż świętość, której Pan Nasz wymaga od ciebie, osiąga się przez wykonywanie — z miłością do Boga — pracy i codziennych obowiązków, które zazwyczaj składają się z rzeczy małych”.

Na czym opierają się, z jakiego tytułu chrześcijanie żywią tak zdumiewające aspiracje? Odpowiedź na to pytanie powraca jak refren w trakcie tych homilii: jest to pokorna odwaga tego, który "wie, że jest biedny i słaby, ale wie równocześnie, że jest dzieckiem Bożym”.

Prałat Escrivá de Balaguer jasno widzi wielką alternatywę stojącą przed każdą ludzką istotą: "Niewola albo dziecięctwo Boże: oto dylemat naszego życia. Albo być dziećmi Boga, albo niewolnikami pychy”. Od chwili, kiedy Pan powołał do Siebie tego, którego tak żarliwie kochałem, zachęcony świętym przykładem wiernego i heroicznego poświęcenia ze strony Założyciela Opus Dei, z jeszcze większą intensywnością rozważałem na modlitwie tę prawdę, że bez pokory i prostoty dziecka nie możemy postawić ani kroku na drodze służenia Bogu. "Pokora oznacza widzenie siebie takim, jakim się rzeczywiście jest, bez upiększeń, w prawdzie. A kiedy pojmujemy swoją nędzę, otwieramy się na wielkość Boga i to stanowi o naszej wielkości”.

Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał — nauczał święty Jan Chrzciciel, poprzednik Chrystusa. A Chrystus powiada: uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem. Pokora nie oznacza pomniejszenia człowieka; pokora głoszona przez Założyciela Opus Dei jest czymś żywym i dogłębnie odczuwanym, gdyż oznacza "uznanie swej małości w obliczu Boga: uznanie się za dziecko, za syna”. Prałat Escrivá de Balaguer stosuje wymyślone bodajże przez siebie wyrażenie: wibrująca pokora, gdyż małość dziecka wspieranego przez wszechpotężną pomoc jego Ojca Boga wibruje w dziełach wiary, nadziei i miłości i we wszystkich innych cnotach, które Duch Święty wlewa w jego duszę.

Temat przewodni pierwszej homilii przewija się przez wszystkie pozostałe: zwyczajne życie, codzienność, normalne, powtarzające się sytuacje. Prałat Escrivá de Balaguer mówi o wszystkich cnotach w ustawicznym odniesieniu do życia chrześcijanina, który jest w świecie, ponieważ to jest jego miejsce, placówka, na której Bóg zechciał go postawić. Tu rozwijają się cnoty ludzkie: roztropność, umiłowanie prawdy, pogoda ducha, sprawiedliwość, wielkoduszność, pracowitość, wstrzemięźliwość, szczerość, męstwo itd. Cnoty ludzkie i chrześcijańskie, gdyż wstrzemięźliwość doskonali się przez ducha pokuty i umartwienia; rygorystyczne spełnianie własnego obowiązku uszlachetnia się boskim tchnieniem miłości, "która jest jak hojne przelewanie się sprawiedliwości”. Mamy żyć wśród rzeczy, którymi się posługujemy, ale oderwani od nich, z czystym sercem.

Ponieważ dla nas, zaangażowanych w interesy duchowe, czas to więcej niż pieniądz — to chwała!. Chrześcijanin wienien nauczyć się z niego korzystać w sposób pilny, aby wyrazić swoją miłość do Boga i swoją miłość do innych ludzi, uświęcając pracę, uświęcając się w pracy, uświęcając innych poprzez pracę. Winien zwracać uwagę na drobne rzeczy, czyli unikać daremnych marzeń i praktykować cichy heroizm, równocześnie naturalny i nadprzyrodzony, jako człowiek, który z Chrystusem przeżywa codzienną rzeczywistość. "Nigdzie nie jest napisane, że chrześcijanin ma być postacią obcą światu. Pan nasz Jezus Chrystus słowem i czynem pochwalał tę właśnie cnotę, która jest mi szczególnie droga: cnotę naturalności i prostoty (...) Niekiedy jednak ludzie przyzwyczajają się do tego, co jest proste i zwyczajne tak, że podświadomie szukają czegoś uderzającego i sztucznego. Każdy z was zapewne już tego doświadczył, że piękno świeżych, dopiero co ściętych róż, o delikatnych, pachnących płatkach, wychwala się słowami: są tak wspaniałe, że muszą być chyba sztuczne!”.

Te słowa Założyciela Opus Dei docierają do nas z całą świeżością dopiero co ściętych róż, a są owocem całego życia spędzonego na obcowaniu z Bogiem i na żarliwym apostolstwie, będącym jak bezbrzeżne morze. Obok prostoty w pismach tych występuje stały motyw namiętnej, ekspansywnej miłości. Jest to "mocne bicie serca”; owo "spieszcie się, aby kochać”, gdyż "cała przestrzeń ludzkiej egzystencji jest za mała, by poszerzyć granice twojej miłości”.

Tak przechodzimy do drugiego z wielkich tematów jego medytacji: "więzi trzech cnót Boskich, które stanowią podstawę autentycznego życia chrześcijańskiego mężczyzny, chrześcijańskiej kobiety”. Ustawicznie się do tego odwołuje: "żyć wiarą, trwać w nadziei, być przywiązanym do Jezusa Chrystusa, kochać Go naprawdę, naprawdę, naprawdę”; "pewność, która daje mi poczucie i świadomość synostwa Bożego, napełnia mnie prawdziwą nadzieją”; "nadszedł już czas, byś pośród swych codziennych zajęć ćwiczył wiarę, budził nadzieję, ożywiał miłość”.

Po trzech homiliach na temat wiary, nadziei i miłości następuje homilia o modlitwie, ale konieczność życia w obcowaniu z Bogiem występuje tu już od pierwszej strony. "Modlitwa zaś winna rozwijać się w duszy stopniowo”, naturalnie, z prostotą i z ufnością, gdyż "Żeby zwracać się do Ojca, dzieci Boże nie potrzebują sztucznych, pedantycznych metod”. Modlitwa jest jak nitka w owej kanwie trzech cnót teologicznych. Wszystko staje się czymś jednym: w życiu rozlega się dźwięk boskości, gdyż "Nasze zjednoczenie z Bogiem nie wyłącza nas ze świata, w którym żyjemy, nie zamienia nas w istoty obce światu, obojętne wobec tego, co się wokół nich dzieje”.

Jego ścisłe i trafne komentarze do Pisma świętego i częste odwoływania się do skarbca Tradycji chrześcijańskiej jak szybki potok przerywają miłosne okrzyki: "Jakże wielka jest miłość, jak wielkie miłosierdzie naszego Ojca! Kiedy patrzę na tak wielkie dzieła miłości Boga wobec Jego dzieci, na te dobrodziejstwa, które świadczą wprost o boskim szaleństwie miłości, wtedy chciałbym mieć tysiąc ust i tysiąc serc, aby bez końca wielbić Boga Ojca, Boga Syna i Boga Ducha Świętego”.

Skąd wzięła się tak wielka miłość? To Bóg ją wlał w jego serce, a on potrafił odpowiedzieć na nią z własnej woli i zarazić nią wiele tysięcy dusz. Kochał i chciał kochać; chciał odpowiedzieć na łaskę, której Pan udzielił jego duszy. Wolność po to, by kochać, stała się jego pasją: "Opowiadam się za Bogiem w wolności, bez żadnego przymusu, gdyż taki jest mój wybór. I decyduję się służyć, zamienić moją egzystencję w oddanie się innym z miłości do mego Pana, Jezusa Chrystusa. Ta właśnie wolność każe mi wołać, że nic na tej ziemi nie może mnie oddzielić od miłości Chrystusa”.

Drogę do świętości, na którą zaprasza nas prałat Escrivá de Balaguer, przenika głęboki szacunek dla wolności. Założyciel Opus Dei zachwyca się słowami świętego Augustyna, w których biskup Hippony podkreśla, iż Bóg uznał, że Jego słudzy będą lepsi jeżeli będą mu służyć dobrowolnie”. Ta droga do nieba jest nadto bardzo odpowiednia dla człowieka tkwiącego w społeczeństwie, w pracy zawodowej, w sytuacjach często obojętnych lub stanowczo przeciwnych prawu Chrystusowemu. Założyciel Opus Dei nie zwraca się do człowieka cieplarnianego; zwraca się do osób, które walczą na otwartym polu, w przeróżnych sytuacjach życiowych. Tam właśnie podejmowana jest wolna decyzja służenia Bogu i miłowania Go ponad wszystko. Wolność okazuje się rzeczą niezbędną a w wolności umacnia się miłość i zapuszcza w niej swoje korzenie: "nikt nie rodzi się świętym: świętość wykuwa się w ustawicznym współdziałaniu łaski Bożej i ludzkiej odpowiedzi na nią”.

Stąd też, abyśmy mogli lepiej obcować z Bogiem, podsyca się dwie namiętności: pasję miłości i pasję wolności. Kiedy wolność opowiada się po stronie Miłości Bożej, ich siły się jednoczą. Wypływające stąd potoki łaski — przy naszej odpowiedzi na nią — są tak potężne, że potrafią pokonać wszystkie trudności: terror psychiczny stosowany wobec tych, którzy pragną być wierni Panu; przezwyciężyć naszą słabość, nasze wady, niedoskonałości, które nigdy nas nie opuszczają, ale stają się okazją do coraz to nowego potwierdzenia miłości przez dobrowolną skruchę; pokonując trudności, które napotykamy wokół nas zasiewem pokoju i radości.

W jego uwagach na temat tej wspaniałej bożej i ludzkiej gry wolności i miłości są momenty, w których przebija się cierpienie — ból, jakiego doświadcza miłość z powodu braku ludzkiej odpowiedzi na miłosierdzie Boże — które zawsze towarzyszyło życiu prałata Escrivá de Balaguer. Kiedy się go spotykało, trudno było dostrzec, że cierpi. Mało kto z ludzi przeszedł przez ten świat z tak wielką radością, z tak dobrym humorem, z takim poczuciem młodości i duchem współczesności, jak on. Za niczym nie tęsknił z wyjątkiem Miłości Bożej. Wielu jego synów duchowych, którzy znali go z bliska, dziwiło się później: Jak to możliwe, żeby nasz Ojciec tak bardzo cierpiał? Widzieliśmy go zawsze wesołym, bacznym na najdrobniejsze szczegóły, oddanego nam wszystkim.

Pośrednią odpowiedź znajdujemy w niektórych z niniejszych homilii: "Ale nie zapominajcie, że przebywanie z Jezusem oznacza, iż z pewnością zetkniemy się z Krzyżem. Kiedy oddajemy się w ręce Boże, to Bóg często pozwala nam odczuć ból, samotność, przeciwieństwa, oszczerstwa, zniesławienia i drwiny, które przychodzą od wewnątrz i z zewnątrz — ponieważ pragnie nas ukształtować na swój obraz i podobieństwo. On nawet godzi się na to, by nazywano nas szaleńcami i uważano za głupców”.

Ponieważ namiętnie obejmował Krzyż Pański, mógł on powiedzieć: "w swoim życiu zostałem doprowadzony do szczególnie głębokiej świadomości dziecięctwa Bożego. Doświadczyłem szczęścia zanurzenia się w sercu mojego Ojca, by się poprawić, by się oczyścić, by Mu służyć, by rozumieć wszystkich i wybaczać wszystkim na mocy Jego miłości i mojego upokorzenia”. Zawsze był posłuszny, uległy głosowi Ducha Świętego tak, iż jego postępowanie było odzwierciedleniem cudownego obrazu Chrystusa. Wierzył bezgranicznie słowom Nauczyciela, i często był atakowany przez tych, którzy najwyraźniej nie potrafili znieść tego, iż ktoś może żyć wiarą, z nadzieją i miłością. "Być może, pomyśli ktoś, że jestem naiwny. To nie ma dla mnie znaczenia, choćby mnie nawet tak określano, ponieważ ja wciąż wierzę w miłość i zapewniam was, że będę wierzył zawsze! I dopóki Bóg daje mi życie, będę się starał nadal — jako kapłan Chrystusa — szerzyć jedność i pokój pomiędzy tymi, którzy będąc dziećmi tego samego Ojca-Boga, są braćmi; żeby ludzkość lepiej się rozumiała i żeby wszyscy podzielali ten sam ideał: ideał Wiary!”.

Pasja miłości i wolności, przekonanie, że powinniśmy działać w boskiej atmosferze wiary i nadziei, stają się apostolstwem. Jedna homilia — By wszyscy zostali zbawieni — jest całkowicie poświęcona temu tematowi. "Jezus jest nad Jeziorem Genezaret, wokół niego cisną się tłumy, aby słuchać słowa Bożego (Łk 5, 1). Zupełnie tak jak dzisiaj! Czy tego nie widzicie? Ludzie pragną słuchać orędzia Bożego, chociaż to tają na zewnątrz. Może niektórzy zapomnieli o nauce Chrystusowej. Inni — bez własnej winy — nie poznali jej wcale i religia jest im obca. Ale przekonajcie się o stale aktualnej prawdzie: zawsze przychodzi taki moment, kiedy dusza nie potrafi znieść tego dłużej, nie wystarczają jej zwyczajne wymówki, nie zadowalają jej kłamstwa fałszywych proroków. I choćby ludzie ci nie chcieli się do tego przyznać, to jednak odczuwają pragnienie ukojenia swego niepokoju w nauczaniu Pana”.

Żywy duch apostolstwa, owo namiętne ukazywanie niecierpliwej miłości Boga do wszystkich ludzi, przenika każdą stronę tej książki. Chodzi o niesienie duszom autentycznego pokoju i o przekształcanie ziemi. Prałat Escrivá de Balaguer ustawicznie zwraca swój wzrok na Nauczyciela, który nauczył ludzi mówić o szczęściu wiecznym poprzez to, że przemierzył nasze ziemskie drogi swymi boskimi stopami. Nie mogę się powstrzymać od powtórzenia obszerniejszego fragmentu z homilii Ku świętości, w którym Założyciel Opus Dei komentuje ulubioną scenę ewangeliczną: apostolstwo Jezusa wobec dwóch uczniów z Emaus, którzy może stracili już nadzieję.

"Krok ich był zwykły, jak wszystkich innych, którzy tamtędy przechodzili. Tam też, w sposób najzupełniej naturalny, pojawia się przy nich Jezus i idzie wraz z nimi prowadząc rozmowę, która uśmierza zmęczenie. Wyobrażam sobie tę scenę. Zapada już zmierzch. Powiewa lekki przyjemny wiatr. Wokół pola dojrzałej już pszenicy i stare oliwki z gałęziami posrebrzonymi przez ciepłe światło”.

To Chrystus przechodzi. Ci dwaj mężczyźni, kiedy zobaczyli, że Jezus zamierza iść dalej, mówią do Niego: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi. "Tacy już jesteśmy: ciągle brak nam odwagi, może z braku szczerości, może z powodu zawstydzenia. W głębi duszy myślimy: zostań z nami, ponieważ nasze dusze spowija zmrok, a jedynie Ty jesteś światłem, jedynie Ty możesz zaspokoić to pragnienie, które nas pożera”.

To pragnienie Boga, które wszyscy nosimy w swoim wnętrzu, codziennie stawia przed nami sposobności do apostolstwa. My, ludzie, wołamy Go i poszukujemy Go, nawet wśród wahań sumienia lub z oczyma utkwionymi w ziemię. "I Jezus pozostaje. Otwierają się nasze oczy jak oczy Kleofasa i jego towarzysza, kiedy Chrystus łamie chleb; i chociaż będzie znikał z naszych oczu, potrafimy również na nowo podjąć wędrówkę — chociaż zapada zmrok — aby mówić o Nim z innymi, gdyż tak wielka radość nie mieści się w jednym sercu”.

Powracam myślami do tego dnia, który stoi zawsze przede mną, którego nigdy nie zapomnę, to jest do owego 26 czerwca 1975 roku. Prałat Josemaría Escrivá de Balaguer w sposób ostateczny narodził się do Miłości Boga, gdyż jego serce potrzebowało już wiecznego Emaus, pozostania na zawsze przy Chrystusie. W homilii Na drodze do świętości napisał: "Rodzi się w nas pragnienie Boga, usilna wola zrozumienia Jego łez; widzenia Jego uśmiechu, Jego oblicza (...) I dusza pogrążona w Bogu wznosi się ubóstwiona: chrześcijanin stał się spragnionym podróżnym i otwiera swe usta na źródlaną wodę”. I nieco dalej: "Lubię mówić o drodze, ponieważ jesteśmy wędrowcami, zmierzamy do domu w Niebie, do naszej Ojczyzny”.

Tam teraz zamieszkuje wraz z Trójcą Przenajświętszą; z Maryją, najświętszą Matką Boga i Matką naszą; ze świętym Józefem, którego tak bardzo kochał. Wielu z nas na całym świecie powierza mu swoje modlitwy w przekonaniu, że Bóg Nasz Pan ma upodobanie w tym, który zechciał być — i był nim podczas swego ziemskiego życia — sługą dobrym i wiernym.

Nakład opublikowanych do tej pory pism Założyciela Opus Dei — a zwłaszcza Drogi, Różańca świętego, To Chrystus przechodzi, Rozmowy — przekroczył pięć milionów egzemplarzy. Zostały one przełożone na ponad trzydzieści języków. Drugi tom jego homilii ukazuje się teraz w tym samym celu: by służyć jako narzędzie zbliżania się ludzi do Boga. Kościół przeżywa trudne chwile i Ojciec Święty niestrudzenie wzywa swoje dzieci do modlitwy, do spojrzenia nadprzyrodzonego, do wierności wobec świętego depozytu Wiary, do braterskiego zrozumienia, do pokoju. W tej sytuacji nie możemy poddać się zniechęceniu: jest to czas praktycznej realizacji, aż do heroizmu, cnót, które określają i rysują obraz chrześcijanina, dziecka Bożego, które stara się "żeby głowa dotykała nieba, ale żeby stopy stąpały pewnie po ziemi”, kiedy kroczy przez ten świat.

Życie chrześcijanina, który postanawia postępować zgodnie z wielkością swego powołania, winno stanowić jakby wciąż powracające echo słów Pana: Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Kiedy ulegle spełniamy wolę Bożą, otwierają się przed nami niewyobrażalne horyzonty. Prałat Escrivá de Balaguer z radością podkreśla ten piękny paradoks: "nie ma nic lepszego od uznania się za niewolników Bożych z Miłości. Gdyż w tej samej chwili tracimy piętno niewolnictwa, a zamieniamy się w przyjaciół, synów”.

Dzieci Boże, przyjaciele Boga: jest to prawda, którą prałat Escrivá de Balaguer jakby ogniem chciał wyryć w sercach tych, którzy go znali. Jego nauczanie ustawicznie zmierza do tego, aby wierni nie myśleli, że "jest postawą chrześcijańską uciekanie się do przyjaźni z Bogiem jedynie w ostateczności”. Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem, naszym Bratem, naszym Przyjacielem. Jeśli będziemy się starać obcować z Nim w zażyłości, "dostąpimy udziału w weselu przyjaźni z Bogiem ”; jeśli uczynimy wszystko, co jest możliwe, by towarzyszyć Mu od Betlejem aż po Kalwarię, dzieląc Jego radości i cierpienia, staniemy się godni przyjacielskiej rozmowy z Nim: calicem Domini biberunt — wyśpiewuje Liturgia Godzin — et amici Dei facti sunt— pili kielich Pański i stali się przyjaciółmi Bożymi.

Dla tych, którzy kochają Boga, dziecięctwo Boże i przyjaźń z Bogiem, stanowią nierozdzielną rzeczywistość. Uciekamy się do Niego jako dzieci w ufnym dialogu, który winien wypełnić całe nasze życie; i jako przyjaciele, gdyż "chrześcijanie jesteśmy zakochani w Miłości”. Podobnie dziecięctwo Boże popycha nas ku temu, aby obfitość życia wewnętrznego zamieniała się w konkretną działalność apostolską, tak jak przyjaźń z Bogiem prowadzi do zaciągnięcia się "na służbę wszystkim: wykorzystać te dary Boże jako narzędzia pomocne innym do odkrycia Chrystusa”.

Mylą się ci, którzy widzą przepaść pomiędzy życiem zwyczajnym, między doczesnymi sprawami, biegiem historii a Miłością Boga. Pan jest wieczny, świat jest Jego dziełem i On nas tutaj postawił, byśmy przeszli dobrze czyniąc, aż dojdziemy do ostatecznej Ojczyzny. Wszytko posiada znaczenie w życiu chrześcijanina, gdyż wszystko może być okazją do spotkania z Panem, i z tego samego powodu uzyskać wartość nieprzemijającą. "Ludzie kłamią, kiedy w sprawach doczesnych powiadają "na zawsze". Prawdą, całkowitą prawdą jest "na zawsze" tylko w odniesieniu do Boga. Tak właśnie masz żyć ty: z wiarą, która na myśl o wieczności, tym prawdziwym "na zawsze", pozwoli ci już tu, na ziemi, poznać przedsmak nieba”.

Prałat Josemaría Escrivá de Balaguer doznaje teraz bezpośrenio owego piękna i słodyczy Bożej. Wszedł do wieczności. Dlatego jego słowa, również słowa tych homilii, które tu przedstawiam, nabrały — chociaż i tak zawsze były pełne mocy — jeszcze większego znaczenia, jeszcze głębiej zapadają w serca, pociągają za sobą. Chciałbym zakończyć tekstem, który może nas zarazić jeszcze jedną jego wielką pasją:

"Kochajcie Kościół, służcie mu ze świadomą radością ludzi, którzy potrafili zdecydować się na tę służbę z Miłości. I gdy zobaczymy, że niektórzy są pozbawieni nadziei, jak owi dwaj uczniowie z Emaus, podejdźmy do nich z wiarą — nie w imieniu własnym lecz w imię Jezusa — by ich zapewnić, że obietnica Jezusowa nie może zawieść, że On zawsze czuwa nad swoją Oblubienicą-Kościołem i nigdy jej nie opuszcza. Że ciemności przeminą, ponieważ jesteśmy dziećmi światłości (Por. Ef 5, 8) powołani do życia nieprzemijającego”.

Alvaro del Portillo

Rzym, 1977 r.

1

Przed wielu laty wędrowaliśmy po Kastylii i po drodze zobaczyliśmy scenę, która mnie poruszyła, i wielekroć pomogła mi potem podczas modlitwy: kilku mężczyzn wbijało w ziemię pale, które później posłużyły do zawieszenia siatki tworząc zagrodę. Następnie do tego miejsca przyszli pasterze z jagniętami i owcami, nawołując je po imieniu, i wprowadzili je do zagrody, gdzie mogły być wszystkie razem i czuć się bezpiecznie.

Dzisiaj, Panie mój i Boże, moje myśli w sposób szczególny zwracają się znowu ku tym pasterzom i ich trzodzie, ponieważ wszyscy, którzy zgromadziliśmy się tutaj, żeby rozmawiać z Tobą — podobnie jak wiele innych ludzi na całym świecie — wiemy, że zostaliśmy zgromadzeni w Twojej owczarni. Ty sam nam powiedziałeś: Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają. Znasz nas dobrze; wiesz, że pragniemy zawsze słuchać uważnie Twojego głosu Dobrego Pasterza, i iść za nim, gdyż to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.

Jestem tak bardzo rozkochany w obrazie Chrystusa otoczonego zewsząd swymi owieczkami, że poleciłem obraz ten umieścić w kaplicy, gdzie zwykle odprawiam Mszę świętą; a w innych miejscach kazałem wypisać słowa Jezusa, które budzą świadomość obecności Bożej: cognosco oves meas et cognoscunt me meae (znam owce moje, a moje Mnie znają), abyśmy w każdej chwili mieli na uwadze to, że On nas karci, wychowuje i poucza jak pasterz swoją trzodę. To wspomnienie z wędrówki po Kastylii wiąże się więc ściśle z naszym tematem.


2

Wszyscy, wy i ja, stanowimy cząstkę rodziny Chrystusowej, bowiem Bóg wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli. To niezasłużone wybranie przez Pana wyznacza nam bardzo określony cel — osobistą świętość, jak to z naciskiem powtarza święty Paweł: haec est voluntas Dei: sanctificatio vestra, wolą Bożą jest wasze uświęcenie. A więc nie zapominajmy nigdy o tym: po to jesteśmy w gronie uczniów Nauczyciela, aby osiągnąć ten szczyt.


3

Nie mogę zapomnieć pewnego wydarzenia — sprzed wielu lat. Poszedłem do katedry w Walencji na modlitwę i tam przechodziłem koło grobu Czcigodnego Sługi Bożego Ridaura. Opowiedziano mi wtedy, że kiedy tego kapłana, który był już bardzo stary, pytano, ile ma lat, on odpowiadał zawsze zdecydowanie: poquets (po walencjańsku: niewiele!) i wyjaśniał, że liczą się tylko lata spędzone w służbie Bożej. Wielu z was może policzyć na palcach jednej ręki te lata, od kiedy zdecydowaliście się należeć całkowicie do Boga i służyć Mu pośród świata, w swoim własnym środowisku, poprzez wykonywanie swojego zawodu lub funkcji. Ale to nie jest zbyt ważne; ważne jest tylko to, abyśmy niejako ogniem wypalili sobie w duszy pewność, że wezwanie do świętości, skierowane przez Jezusa Chrystusa do każdego człowieka bez wyjątku, wymaga od wszystkich pielęgnowania życia wewnętrznego i codziennego ćwiczenia się w cnotach chrześcijańskich; i to nie w sposób byle jaki, i nie w sposób wykraczający tylko nieco ponad przeciętność, a nawet nie w sposób wspaniały: Pan żąda od nas zdecydowania posuniętego aż do heroizmu, w pełnym i najmocniejszym znaczeniu tego słowa.


4

Cel, który stawiam przed wami, a raczej, który Bóg wytyczył nam wszystkim, nie jest złudnym i nieosiągalnym ideałem. Mógłbym opowiedzieć wam wiele konkretnych przykładów z życia zwyczajnych mężczyzn i kobiet, takich jak wy i ja, którzy spotkali Jezusa przechodzącego quasi in occulto (nie jawnie lecz skrycie) przez na pozór najzwyklejsze drogi ich życia i postanowili iść za Nim, z miłością obejmując codzienny krzyż. W tych czasach ogólnego upadku obyczajów, rozwiązłości i zniechęcenia, rozpusty i anarchii wydaje się coraz bardziej aktualne moje proste i głębokie przekonanie, które przenika mnie od początku mojego kapłańskiego trudu i które chciałbym przekazać wszystkim: kryzysy tego świata spowodowane są brakiem świętych.


5

Życie wewnętrzne, Jest ono niezbędnym wymogiem, wezwaniem, które Nauczyciel skierował do każdego z nas. Mamy być święci — jak to się mówi — od stóp do głów. Być prawdziwymi, autentycznymi chrześcijanami, godnymi kanonizacji; w przeciwnym razie okaże się, że zawiedliśmy jako uczniowie jedynego Nauczyciela. Nie zapominajcie ponadto, że Bóg kierując na nas spojrzenie i udzielając nam łaski w walce o osiągnięcie świętości pośród świata, zobowiązuje nas przez to do apostolstwa. Zrozumcie, że nawet po ludzku rzecz biorąc, troska o inne dusze jest logiczną konsekwencją tego Bożego wybraństwa, jak twierdzi jeden z Ojców Kościoła: Kiedy odkryjecie, że coś przyniosło wam korzyść, staracie się przyciągnąć innych. Winniście zatem pragnąć, by po drogach Pańskich szli z wami inni ludzie. Jeżeli idziecie na rynek czy do łaźni, a napotkacie kogoś, kto nie ma nic do roboty, zapraszacie go, aby wam towarzyszył. Przenieście ten ziemski zwyczaj do spraw duchowych i kiedy podążacie ku Bogu, nie czyńcie tego sami.

Jeśli nie chcemy daremnie tracić czasu — nawet zasłaniając się fałszywymi wymówkami z powodu trudności zewnętrznych, czynionych nam przez otoczenie, jakich nie brakowało od początków chrześcijaństwa — musimy pamiętać, że Jezus Chrystus skuteczność naszego działania, zmierzającego do pociągnięcia drugich, wiąże zazwyczaj z naszym życiem wewnętrznym. Jako warunek skuteczności działania apostolskiego Chrystus stawia świętość; a raczej, powiem poprawniej, wysiłek naszej wierności, gdyż na ziemi nigdy nie będziemy świętymi. Wydaje się to niewiarygodne, ale Bóg i ludzie potrzebują z naszej strony wierności bez półśrodków i kompromisów, wierności wobec pełni powołania chrześcijańskiego, które przyjmujemy i z miłością staramy się wytrwale realizować.


6

Może ktoś z was pomyśli, że zwracam się wyłącznie do grona wybranych. Nie pozwólcie się jednak tak łatwo oszukać przez brak odwagi i wygodnictwo. Odczujcie natomiast całą powagę Bożego wezwania, abyście się stali drugim Chrystusem, ipse Christus, samym Chrystusem; słowem — odczujcie pilną potrzebę, by nasze postępowanie było zgodne z wymaganiami wiary, gdyż świętość, do której mamy dążyć, nie jest jakąś świętością drugiej kategorii. Taka świętość nie istnieje. I skierowany do nas podstawowy wymóg — zgodny ze swej istoty z naszą naturą — polega na tym, by kochać: miłość jest więzią doskonałości, miłość, którą winniśmy praktykować zgodnie z wyraźnym przykazaniem ustanowionym przez samego Pana: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem, to znaczy, nie zachowując niczego dla siebie. Na tym polega świętość.


7

Oczywiście, chodzi tu o cel wysoki i trudny do osiągnięcia. Nie traćcie jednak sprzed oczu faktu, że nikt nie rodzi się świętym. Świętość wykuwa się w ustawicznym współdziałaniu łaski Bożej i ludzkiej odpowiedzi na nią. Wszystko, co się rozwija — zauważa jeden z pisarzy chrześcijańskich pierwszych wieków, mówiąc o zjednoczeniu z Bogiem — jest najpierw małe. Dopiero stopniowo, dzięki ciągłemu przyjmowaniu pokarmu, rośnie stale i staje się wielkie. Dlatego powiadam ci, że jeżeli pragniesz postępować jak konsekwentny chrześcijanin — a wiem, że tego pragniesz, jakkolwiek wielekroć ciężko ci przychodzi przezwyciężać lub dźwigać to biedne ciało — musisz przywiązywać wielką uwagę do rzeczy najmniejszych, gdyż świętość, której Pan Nasz wymaga od ciebie, osiąga się przez wykonywanie — z miłością do Boga — pracy i codziennych obowiązków, które zazwyczaj składają się z rzeczy małych.


8

Myślę teraz o tych spośród was, którzy mimo upływu wielu lat nadal marzą — w czczych i dziecinnych fantazjach, jak ów Tartarin z Tarascon— o polowaniu na lwy po korytarzach swego domu, gdzie co najwyżej można by znaleść szczura. Myśląc o takich spośród was, chcę raz jeszcze przypomnieć, jak wspaniałą a zgodną z wolą Bożą drogą jest wypełnianie zwykłych, codziennych obowiązków i staczanie przy tym tych walk, które napawają Pana Boga radością, a które oprócz nas zna tylko On.

Bądźcie pewni, że z reguły nie będziecie dokonywać czynów spektakularnych, choćby dlatego, że rzadko nadarza się po temu okazja. Natomiast nie zabraknie wam okazji do wykazania swojej miłości do Jezusa Chrystusa poprzez rzeczy drobne, zwykłe. Również w rzeczach najdrobniejszych — tłumaczy święty Hieronim — objawia się wielkość duszy. Podziwiamy Stwórcę nie tylko w niebie i ziemi, w słońcu i oceanie, w słoniach i wielbłądach, bykach, koniach, lampartach, niedźwiedziach i lwach; ale również w stworzeniach maleńkich, takich jak mrówki, komary, muszki, gąsieniczki i inne zwierzątka tego rodzaju, które znamy raczej z widzenia niż z nazwy: zarówno w wielkich stworzeniach jak i w małych podziwiamy to samo mistrzostwo. Podobnie dusza, która oddaje się całkowicie Bogu, wkłada w rzeczy małe taki sam zapał, co w wielkie.


9

Kiedy zastanawiamy się nad słowami Pańskimi: A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie, jasno widzimy jedyny nasz cel: uświęcenie, czy też to, że mamy być święci, aby uświęcać innych. Tutaj może się pojawić pewna subtelna pokusa, może ogarnie nas myśl, że bardzo niewielu jest gotowych odpowiedzieć na to Boże zaproszenie; bądź też, iż jesteśmy tylko narzędziami, które niewiele są warte. To prawda, że jesteśmy nieliczni w porównaniu z resztą ludzkości i jako poszczególne jednostki nic nie jesteśmy warci; wszakże Nauczyciel mówi z całą stanowczością: chrześcijanin jest światłem, solą, zaczynem świata, a trochę kwasu ma moc zakwasić całe ciasto. Dlatego właśnie głosiłem stale, że interesują nas wszystkie dusze — na sto dusz interesuje nas sto — bez żadnego wyjątku, gdyż wiemy, że Jezus Chrystus odkupił nas wszystkich, ale zatrudnić pragnie nas niewielu, byśmy, pomimo naszej osobistej nicości, głosili zbawienie.

Uczeń Chrystusa nigdy nie będzie traktował nikogo niewłaściwie; błąd nazwie błędem, ale gdy ktoś się myli, powinien zwrócić mu uwagę z delikatnością, w przeciwnym razie nie będzie mu mógł pomóc, nie będzie mógł go uświęcić. Musimy nauczyć się żyć razem, rozumieć się wzajemnie, wybaczać sobie nawzajem, być sobie braćmi; i jak radził święty Jan od Krzyża, w każdej chwili należy nieść miłość tam, gdzie jej nie ma, aby czerpać miłość , również w tych pozornie mało ważnych okolicznościach, które niesie ze sobą praca zawodowa, stosunki rodzinne i społeczne. Dlatego wykorzystamy, ty i ja, nawet najbanalniejsze okazje, które będą powstawać wokół nas, aby je uświęcać, aby uświęcać samych siebie i aby uświęcać tych, którzy wraz z nami dzielą te same codzienne troski. Odczujemy wtedy w naszym życiu słodki i zachęcający ciężar współodkupienia.


10

Chciałbym kontynuować tę rozmowę przed Panem Naszym nawiązując do notatki zapisanej przed wieloma laty, nadal jednak aktualnej. Wypisałem sobie wówczas kilka uwag Teresy z Avili: wszystko to, co jest przemijające, a nie podoba się Bogu, jest niczym, a nawet mniej niż niczym. Czy rozumiecie, dlaczego dusza przestaje zażywać pokoju i pogody, kiedy oddala się od swego celu, kiedy zapomina, że Bóg ją stworzył dla świętości? Starajcie się nigdy nie zagubić tego nadprzyrodzonego punktu widzenia, również w czasie rozrywki lub odpoczynku, które w życiu każdego są równie potrzebne jak praca.

Choćbyście zdobyli uznanie i autorytet w swej pracy zawodowej i osiągnęli wybitne sukcesy w wyniku tej pełnej wolności inicjatywy w działalności doczesnej, ale przy tym zatracili ów zmysł nadprzyrodzony, który ma cechować całe wasze działanie, to w sposób godny pożałowania zboczylibyście z drogi.


11

Pozwólcie na krótką dygresję, która wiąże się z tym, co powiedziałem. Nie pytałem nigdy nikogo z tych, którzy się do mnie zbliżyli, jakie są jego poglądy polityczne — to mnie w ogóle nie interesuje! Przez tę zasadę postępowania chcę podkreślić coś bardzo istotnego dla Opus Dei, któremu z łaski i miłosierdzia Bożego poświęciłem się całkowicie, ażeby służyć Kościołowi świętemu. Temat polityki nie interesuje mnie, gdyż jako chrześcijanie cieszycie się w kwestiach o charakterze politycznym, społecznym, kulturalnym, etc. pełną wolnością, wraz ze związaną z tym odpowiedzialnością. Jedyne granice to te stawiane przez Urząd Nauczycielski Kościoła. I tylko wtedy, gdybyście przekroczyli te granice, budziłoby to mą troskę — ze względu na dobro waszych dusz; dopiero wtedy musiałbym was jasno upomnieć, wskazując sprzeczność między wyznawaną przez was wiarą a waszym działaniem. Tego świętego szacunku dla waszej opcji, o ile nie oddala was ona od prawa Bożego, nie rozumieją ci, którzy nie znają prawdziwego pojęcia wolności, jaką dla nas zdobył Chrystus na Krzyżu, qua libertate Christus nos liberavit. Nie rozumieją tego sekciarze z jednego i drugiego krańca. Jedni starają się narzucić swoje poglądy w sprawach doczesnych niczym dogmaty, drudzy degradują człowieka, wystawiając wiarę na najzuchwalsze błędne interpretacje.


12

Wróćmy jednak do naszego rozważania. Powiedziałem już wcześniej, że możecie odnosić jak najbardziej spektakularne sukcesy w dziedzinie społecznej, w działalności publicznej, w zadaniach zawodowych, ale gdy zaniedbacie swoje życie wewnętrzne i oddalicie się od Pana, poniesiecie w końcu ogromną porażkę. W oczach Boga, a to jest decydujące, zwycięstwo odnosi ten, kto stara się o postępowanie autentycznie chrześcijańskie — nie ma rozwiązania pośredniego. Stąd też spotykacie tylu ludzi, którzy, oceniając rzecz po ludzku, powinni czuć się bardzo szczęśliwi, a tymczasem ich życie pełne jest niepokoju i goryczy; wydawałoby się, że obfitują w radość i szczęście, a tymczasem gdy się tylko trochę zadraśnie ich dusze, odkrywa się cierpki smak, bardziej gorzki od żółci. Nie zdarzy się to nikomu z nas, jeżeli będziemy starać się prawdziwie spełniać we wszystkim wolę Boga, czcić Go i wielbić, szerząc wszędzie Jego Królestwo.


13

Sprawia mi bardzo wielki ból, kiedy się dowiaduję, że jakiś katolik — dziecko Boże, które na Chrzcie świętym zostało powołane, by być drugim Chrystusem — uspokaja swoje sumienie formalistyczną pobożnością, pewnego rodzaju religijnym sentymentalizmem: modli się od czasu do czasu, tylko wtedy kiedy czuje, że mu to korzyść przyniesie! We Mszy świętej widzi obowiązek niedzielny, którego nie trzeba jednak traktować nazbyt rygorystycznie, natomiast troskliwie i regularnie o ustalonych godzinach dba o zaspokojenie swego żołądka. Ludzie tacy gotowi są odstąpić od swojej wiary za miskę soczewicy, byle tylko zachować swoją pozycję... A potem bezwstydnie, nie licząc się ze zgorszeniem, posługują się etykietą chrześcijańską, by odnieść z tego korzyść. Nie! Nie zadowalajmy się etykietami! Chcę, abyście byli chrześcijanami z krwi i kości, chrześcijanami w stu procentach. Ale, aby to osiągnąć, musicie konsekwentnie szukać właściwego pożywienia duchowego.

Wiecie z własnego doświadczenia — i słyszeliście, jak często to powtarzałem, żeby zapobiec zniechęceniu — że życie wewnętrzne polega na stałym rozpoczynaniu od nowa, każdego dnia; i spostrzegliście w swoim sercu — podobnie jak ja w swoim — że ustawicznie musimy walczyć. Podczas rachunku sumienia stwierdzacie wciąż te same porażki, które same w sobie są nieznaczne, wam jednak wydają się wręcz ogromne, ponieważ dopatrujecie się w nich braku miłości, oddania, ofiarności, delikatności. To samo zdarza się też mnie. Wybaczcie, że mówię o sobie, ale kiedy przemawiam do was, równocześnie omawiam z Panem potrzeby swojej duszy. Rozbudzajcie w sobie gorące pragnienie zadośćuczynienia, przeżywajcie szczerą skruchę, ale mi nie traćcie pokoju!


14

Na początku lat czterdziestych musiałem często jeździć do Walencji. Brakło mi na to zupełnie środków. Ja, biedny księżyna i ci, którzy — jak wy teraz — przychodzili do mnie, zbieraliśmy się na modlitwę, gdziekolwiek było to możliwe. Czasami na odludnym brzegu morza — jak pierwsi przyjaciele Nauczyciela... Przypominacie sobie? Święty Łukasz pisze, jak wraz z Pawłem po drodze do Jerozolimy opuścili Tyr: Wszyscy wraz z żonami odprowadzili nas za miasto. Na wybrzeżu padliśmy na kolana i modliliśmy się.

Otóż, pewnego dnia, kiedy po wspaniałym zachodzie słońca zapadł zmierzch, zobaczyliśmy, że do brzegu przybija łódź. Wyskoczyli z niej na brzeg ludzie ogorzali, silni jak skała, mokrzy, o nagich torsach, tak opaleni, że wydawali się być jak z brązu. Zaczęli wydobywać z wody sieci ciągnące się za łodzią, pełne ryb lśniących srebrzyście. Ciągnęli z wielkim zapałem, z olbrzymią energią, ich stopy zagłębiały się w piasek. Nagle nadbiegł jakiś chłopczyk, opalony jak oni, podszedł do liny, chwycił swymi rączkami i również zaczął ciągnąć, ale bardzo niezdarnie. Rybacy, ludzie twardzi i prości, musieli odczuć wzruszenie, skoro pozwolili małemu, by z nimi pracował; nie odepchnęli go, choć bardziej im przeszkadzał niż pomagał.

Pomyślałem o was i o sobie; o was, których jeszcze nie znałem i o sobie, o tym naszym wspólnym ciągnięciu liny każdego dnia, w tylu przeróżnych sprawach. Jeśli staniemy przed Bogiem, Panem naszym, jak ten chłopczyk, przeświadczeni o swojej słabości, lecz zdecydowani, by spełniać Jego zamysły, łatwiej osiągniemy cel. Przyciągniemy na brzeg pełną sieć, gdyż naszym nieudolnym wysiłkom przyjdzie z pomocą moc Boża.


15

Znacie obowiązki chrześcijańskie na tyle, by pójść pewnie i bezpiecznie drogą prowadzącą do świętości; jesteście również uprzedzeni o niemal wszystkich trudnościach, gdyż ujawniają się one już na samym początku drogi. Teraz nalegam, abyście pozwolili sobie pomóc, dali się prowadzić duchowemu przewodnikowi, któremu powierzycie swoje pragnienie świętości i codzienne problemy, które dotyczą życia wewnętrznego, porażki, których doznajecie i swoje zwycięstwa.

W tym kierownictwie duchowym bądźcie zawsze bardzo szczerzy. Nie skrywajcie niczego, otwórzcie szeroko swoją duszę, bez obawy i wstydu. W przeciwnym razie droga, z początku tak prosta i równa stanie się kręta, a to, co na początku było wprost niczym, zamieni się w dławiący węzeł. Nie sądźcie, że ci, którzy się gubią, są ofiarami nagłego nieszczęścia; każdy z nich błądził na początku swej drogi, albo zaniedbał przez dłuższy czas swoją duszę, tak iż osłabiając stopniowo moc swoich cnót, a pozwalając w zamian na stopniowe rośnięcie wad, załamał się w sposób godny pożałowania... Dom nie zawala się ni stąd ni zowąd: albo była jakaś wada w jego fundamentach, albo niedbalstwo jego mieszkańców trwało zbyt długo, tak iż początkowe niewielkie usterki osłabiając moc konstrukcji spowodowały, że z chwilą nadejścia burzy lub ulewnych deszczów nieodwołalnie musiał się zawalić i w ten sposób wyjawić lata zaniedbań.

Czy pamiętacie historię Cygana, który poszedł do spowiedzi? Oczywiście, jest to rzecz zmyślona, anegdota, bo przecież ze spowiedzi nie opowiada się niczego, a dodam też, że osobiście bardzo lubię Cyganów. Biedaczysko! Był prawdziwie skruszony: Księżulku, wyznaję, że ukradłem postronek... — to tak niewiele, nieprawda? — a do niego był przywiązany muł, a za nim drugi postronek...i jeszcze jeden muł... I tak aż do dwudziestu. Dzieci moje, tak samo jest z nami. Jeżeli przyzwolimy sobie na postronek, reszta przychodzi już sama, przychodzi kolejno cały szereg złych skłonności, nędz, które upokarzają i zawstydzają; to samo dzieje się we współżyciu z drugimi; zaczyna się od małych uszczypliwości, a kończy na odwracaniu się do siebie tyłem i lodowatej obojętności.


16

Schwytajcie nam lisy, małe lisy, co pustoszą winnice, bo w kwieciu są winnice nasze. Mamy być wierni w małych rzeczach, bardzo wierni w małych rzeczach. Jeśli poczynimy wysiłki w tej dziedzinie, nauczymy się także z ufnością uciekać w ramiona Najświętszej Maryi Panny jako Jej dzieci. Czy na początku nie wspomniałem wam, że wszyscy mamy niewiele lat, bo tyle tylko, ile spędziliśmy w zażyłości z Bogiem? Jest więc rozsądne, aby nasza nędza i małość zbliżyły się do wielkości i świętej czystości Matki Bożej, która jest również naszą Matką.

Posłuchajcie jeszcze jednej historii, prawdziwej; mogę ją opowiedzieć, gdyż od tego wydarzenia upłynęło już wiele lat, a pewna ostrość wyrażeń dopomoże wam w refleksji. Prowadziłem rekolekcje dla księży z różnych diecezji. Podchodziłem do każdego z miłością i zainteresowaniem, gdyż chciałem, aby przyszli porozmawiać i ulżyć swemu sumieniu, ponieważ my, kapłani, również potrzebujemy braterskiej rady i pomocy. Zacząłem rozmowę z jednym z nich. Miał nieco nieokrzesane maniery, ale był to człowiek bardzo szlachetny i szczery. Pociągnąłem go nieco za język, delikatnie ale stanowczo, aby zaleczyć ewentualne rany, które mogły tkwić w jego sercu. Nagle przerwał mi tymi mniej więcej słowami: Bardzo zazdroszczę memu osiołkowi. Posługiwał w siedmiu probostwach i nikt nie mógł nic złego na niego powiedzieć. Żebym to i ja służył tak jak on!


17

Zróbmy gruntowny rachunek sumienia... Być może, również my nie zasługujemy na pochwałę, którą ów księżyna wyśpiewał na cześć swego osła. Tyle pracowaliśmy, piastowaliśmy tyle odpowiedzialnych stanowisk, odnosiliśmy sukcesy w takiej czy innej dziedzinie... Ale, czy stając przed obliczem Boga nie znajdujesz niczego, czego musisz żałować? Czy naprawdę starałeś się zawsze służyć Bogu i swoim braciom — ludziom, czy też raczej pielęgnowałeś swój egoizm, swój osobisty prestiż, swoje ambicje, swój sukces wyłącznie doczesny i beznadziejnie przemijający?

Mówię to do was bez ogródek, ponieważ chcę jeszcze raz dokonać bardzo szczerego aktu skruchy i ponieważ chciałbym, aby również każdy z was prosił o przebaczenie. Na widok naszych niewierności, na widok tylu błędów, słabości, tchórzostwa — każdy z nas zna swoje — z serca powtórzmy Panu owo zawołanie Piotra: Domine, tu omnia nosti, tu scis quia amo te!. Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham, pomimo mojej nędzy! I odważam się dodać: Ty wiesz, że Cię kocham, właśnie przez tę moją nędzę, gdyż to ona skłania mnie do szukania oparcia w Tobie, który jesteś moją mocą: quia tu es Deus, fortitudo mea. A teraz, wzbudziwszy akt skruchy, zacznijmy raz jeszcze od nowa.


18

Życie wewnętrzne. Świętość w wypełnianiu zwyczajnych obowiązków, świętość w drobnych sprawach, świętość w pracy zawodowej, w troskach każdego dnia... świętość, by móc uświęcać innych. Kiedyś pewien mój znajomy — a właściwie nie znam go dobrze do dziś! — śnił, że leci wysoko samolotem, lecz nie wewnątrz, w kabinie; leciał siedząc na jednym ze skrzydeł. Nieszczęśnik, ileż przeżył trwogi! Zdawałoby się, że Pan Bóg dał mu do zrozumienia, że tak się dzieje z duszami o wzniosłych dążeniach apostolskich, którym brak jednak życia wewnętrznego lub zaniedbują je. Pozostają w ciągłym niebezpieczeństwie upadku, w cierpieniu i w niepewności.

I w gruncie rzeczy myślę, że na poważne niebezpieczeństwo pobłądzenia narażają się ci, którzy rzucają się w działanie, aktywizm, zaniedbując środki, które umocniłyby ich pobożność: częste przystępowanie do sakramentów świętych, rozmyślanie, rachunek sumienia, czytanie duchowne, żywą więź z Najświętszą Maryją Panną i Aniołami Stróżami... Wszystko to jest przecież wprost niezbędne, by uczynić miłym każdy z dni chrześcijanina. Z wewnętrznego bogactwa płynie wtedy, jak miód z plastra, słodycz i pokój Boży.


19

W osobistym życiu wewnętrznym, w postawie zewnętrznej, w stosunkach z ludźmi, w pracy — każdy z nas winien starać się trwać stale w obecności Bożej, w stałej rozmowie, w dialogu z Bogiem. Nie chodzi tu o dialog słyszalny. Nie wyraża się on zazwyczaj w słowach, ale w pełnym miłości zaangażowaniu, w sumiennym wykonywaniu swoich zadań do końca, zarówno wielkich jak i małych. Bez takiej wytrwałości nasze postępowanie nie odpowiadałoby konsekwentnie naszej godności dzieci Bożych, gdyż marnowalibyśmy środki, które Pan Bóg opatrznościowo pozostawił w naszym zasięgu, abyśmy doszli do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa.

Podczas wojny domowej w Hiszpanii często jeździłem z posługą kapłańską do tylu chłopców, którzy znajdowali się na froncie. W jednym z okopów usłyszałem rozmowę, która głęboko utkwiła mi w pamięci. W pobliżu Teruelu pewien młody żołnierz mówił o drugim żołnierzu, który widocznie był chwiejny, tchórzliwy: To nie jest człowiek z jednej bryły! Smutne by było, gdyby i o nas mówiono zasadnie, że jesteśmy niekonsekwentni; że jesteśmy ludźmi, którzy twierdzą, że chcą być autentycznymi chrześcijanami, świętymi, ale którzy gardzą przy tym środkami prowadzącymi do świętości, gdyż przy spełnianiu swoich obowiązków nie zwracają się ustawicznie do Boga z dziecięcą miłością. Gdyby tak miało wyglądać nasze postępowanie, ani ty, ani ja nie bylibyśmy autentycznymi chrześcijanami.


20

Starajmy się rozbudzać w głębi serca gorące, nieprzeparte pragnienie zdobycia świętości, chociażbyśmy widzieli w sobie jedynie pełnię nędzy. Nie przerażajcie się; w miarę postępu w życiu wewnętrznym coraz wyraźniej widzi się braki osobiste. Łaska działa w nas niczym szkło powiększające i nawet najdrobniejszy pyłek lub prawie niewidzialne ziarenko piasku mogą się wydawać niezmiernie wielkie, gdyż dusza uzyskuje wielką wrażliwość na to co Boże, i nawet najmniejszy cień niepokoi sumienie, które ma upodobanie jedynie w czystej jasności Boga. Powiedz Mu teraz z głębi swego serca: Panie, naprawdę pragnę być świętym, naprawdę pragnę być Twoim godnym uczniem i iść za Tobą bez zastrzeżeń. I natychmiast winieneś też powziąć zamiar codziennego odnawiania w sobie tych wielkich ideałów, które w tej chwili cię ożywiają.

Jezu, obyśmy byli wytrwali, my, którzy gromadzimy się w imię Twojej Miłości! Obyśmy potrafili zamienić w czyn te pragnienia, które Ty sam rozbudzasz w naszych duszach! Pytajcie często siebie: po co żyję na ziemi? To pomoże wam w waszych staraniach o wypełnianie codziennych zadań w sposób doskonały i pełen miłości, z troską o najdrobniejsze szczegóły. Przypatrujmy się przykładowi świętych; ludzi takich jak my, z krwi i kości, z ułomnościami i słabościami, którzy jednak potrafili pokonać samych siebie dla miłości Bożej; zastanówmy się nad ich postępowaniem i — jak pszczółki, które z różnych kwiatów wybierają nektar — uczmy się z ich walki. Nauczmy się również, wy i ja, odkrywać tyle cnót u osób, które nas otaczają — udzielają nam lekcji pracy, wyrzeczenia, radości... Nie będziemy zbyt często zatrzymywać się nad ich wadami, czyniąc to jedynie wtedy, kiedy będzie konieczne, aby im pomóc przez upomnienie braterskie.


21

Pan nasz Jezus Chrystus często i chętnie mówił o łodziach i sieciach, także i ja czynię to chętnie, abyśmy z tych właśnie scen ewangelicznych wynieśli mocne i zdecydowane postanowienia. Opowiada nam święty Łukasz, jak kilku rybaków na brzegu Jeziora Genezaret płukało i naprawiało swoje sieci. Jezus podchodzi do łodzi przycumowanych do brzegu i wsiada do jednej z nich, do łodzi Szymona. Z jaką naturalnością Nauczyciel wchodzi do łodzi każdego z nas! Niektórzy narzekają i mówią, że skomplikował im życie. Z wami i ze mną spotkał się On w drodze, aby z miłością i czułością skomplikować nam życie.

Kiedy skończył nauczanie z Piotrowej łodzi, powiedział do rybaków: duc in altum et laxate retia vestra in capturam!. Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! Ufni słowom Chrystusa posłuchali i uzyskali cudowny połów. Wtedy Pan powiada do Piotra, który podobnie jak Jakub i Jan nie mógł wyjść ze zdumienia: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.

Twoja łódź — twoje talenty, twoje aspiracje, twoje osiągnięcia — do niczego nie będzie się nadawać, jeżeli nie oddasz jej do dyspozycji Jezusa Chrystusa, jeżeli nie pozwolisz Mu wejść do niej swobodnie, jeżeli zamienisz ją w bożyszcze. Sam jeden ze swą łodzią, jeżeli będziesz próbował obejść się bez Nauczyciela, to — mówiąc w sposób nadprzyrodzony — pójdziesz wprost na dno. Jedynie gdy będziesz szukał obecności Pana i oddasz ster w Jego ręce, ocalejesz wśród burz i raf życia. Złóż wszystko w ręce Boga. Niechaj twoje myśli, piękne wzloty twojej wyobraźni, twoje szlachetne dążenia, twoja czysta miłość przechodzą przez Serce Chrystusa. W przeciwnym razie, wcześniej czy poźniej, zniszczeją z winy twojego egoizmu.


22

Jeśli zgodzisz się na to, by Bóg kierował twoją łodzią, jeśli Jemu pozwolisz być włodarzem, jakże będziesz bezpieczny! ... nawet gdyby ci się zdawało, że odszedł, że zasnął, nawet gdyby pośród ciemności nocy podniosła się burza, a On zdawał się być daleko. Święty Marek opowiada, że w takiej sytuacji znaleźli się apostołowie i Jezus widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze ... Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się! I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył.

Dzieci moje, ile to rzeczy przydarza się na ziemi!... Ileż mógłbym wam opowiedzieć o ludzkim bólu, cierpieniu, poniewierce, męczeństwie — męczeństwie w dosłownym znaczeniu. Mógłbym też opowiedzieć o heroizmie wielu dusz. W naszych oczach, w naszym umyśle powstaje czasami wrażenie, jak gdyby Jezus spał, nie słyszał nas, lecz święty Łukasz opowiada, jak Pan postępuje wobec swoich uczniów: Odbili od brzegu. A gdy płynęli, zasnął. Wtedy spadł gwałtowny wicher na jezioro, tak że fale ich zalewały i byli w niebezpieczeństwie. Przystąpili więc do Niego i obudzili Go, wołając: Mistrzu, Mistrzu, giniemy! Lecz On wstał, rozkazał wichrom i wzburzonej fali: uspokoiły się, i nastała cisza. A do nich rzekł: Gdzie jest wasza wiara?.

Jeśli Mu się oddajemy, również On się nam oddaje. Musimy całkowicie zaufać Nauczycielowi, bez sknerstwa oddać się w Jego ręce; pokazać Mu czynami, że nasza łódź należy do Niego i że my Jemu się oddajemy ze wszystkim, co posiadamy, aby On nami dysponował jak zechce.

Kończę, uciekając się do wstawiennictwa Najświętszej Maryi Panny, z tymi postanowieniami: żyć wiarą, trwać w nadziei, być przywiązanym do Jezusa Chrystusa, kochać Go naprawdę, naprawdę, naprawdę, przeżywać przygodę Miłości, rozkoszować się nią, gdyż zakochani w Bogu jesteśmy; pozwolić, by Chrystus wszedł do naszej biednej łodzi i wziął w posiadanie naszą duszę jako Władca i Pan; okazać Mu szczerze, że będziemy się starali trwać w Jego obecności, dzień i noc, gdyż to On wezwał nas do wiary: ecce ego quia vocasti me! (Oto jestem, przecież mnie wołałeś). I tak wejdziemy wreszcie do Jego owczarni, przyciągnięci wołaniem Dobrego Pasterza, pewni, że jedynie w Jego cieniu znajdziemy prawdziwe szczęście doczesne i wieczne.


[Drukuj]
 
[Wyślij]
 
[Palm]
 
[Zachowaj]
 
Tłumacz punkt na:
Poprzedni Następny